17 kwietnia.
Powrót podgietrzwałdzkiej szarlotki

Podczas drugiego wiosennego spotkania w tym roku był dzień jak nie co dzień: oprócz p. Adama i p. Kamila pojawił się jeszcze p. Krzysztof. Nie pierwszyzna to dla nas zagrać we trzech, zatem stało się tak i tym razem. P. Krzysztof grał z p. Kamilem białymi kamieniami, mnie, tj. p. Adamowi, przypadły czarne. Udało mi się wygrać, choć nie było to zwycięstwo, ani w ogóle gra, które uczyniły moje goistyczne życie lepszym.

Być może zaważył na tym powrót do Usługi szarlotek, których w zeszłym roku zostaliśmy wielbicielami. Po długiej przerwie, rodzaju zimowego snu, w czasie którego tylko o nich marzyliśmy, pojawiły się znowu w menu. Wydaje się jednak, że dla złotego wieku szarlotek z roku 2025, rok 2026 stanowi cezurę przejścia w wiek srebrny. Będziemy to jeszcze musieli ustalić i upewnić się podczas kolejnych spotkań, ale na tę chwilę dwóch z nas zauważyło, że miały one w sobie odrobinę mulący efekt, niedoświadczany podczas wcześniejszych goistycznych bojów. Być może to po prostu zderzenie z nadmiarowym cukrem, od którego zakręciło się w głowie po zbyt długim detoksie. Trzeba się będzie zapoznać na nowo z szarlotkowym specjałem, przywożonym ponoć z okolic Gietrzwałdu. Może to chwilowa anomalia. Może to jednak sama Gaja przemówiła do nas, śmiertelników, językiem szarlotki, byśmy zrozumieli, jaką krzywdę wyrządza planecie nasza rasa. Rozważam teraz jej słowa w swej głowie.

Zwalanie niedbałej gry na szarlotkę może być jednak zbyt dużą wobec niej niesprawiedliwością. W odróżnieniu od szarlotek, my, olsztyńscy goiści, już od dawna znajdujemy się w wieku żelaznym. Czyżby teraz pokrywała nas na domiar wszystkiego jeszcze rdza? Toczymy w klubie często dyskusję na ten temat, zwłaszcza gdy pojawia się p. Krzysztof.

„Granie szybkie, pod presją czasu, a więc z przypadkowymi błędami, nie przynosi wielkiej satysfakcji. Przyjemność z gry pochodzi ze spokojnego delektowania się nią bardziej nawet niż szarlotką” – mówię często p. Krzysztofowi. On twierdzi jednak, że dobrą grę należy rozegrać w tempie szybkim, w godzinę, i że zbytnie medytowanie nad planszą jest niepotrzebne, bo błędy przecież i tak będą, i trzeba z nimi żyć.

Mimo że ostatecznie rozegraliśmy tę grę w przyzwoitym, rekreacyjnym czasie, to nie liczyłem, nie analizowałem, nie gdybałem i nie dumałem. Stąd wrażenie, że, tak jak w szarlotce, czegoś mi w tej partii brakowało. Zwycięstwo niepotrzebnie uznawane jest za cel gry, skoro samo w sobie nie przynosi satysfakcji.

Co do partii, dzięki p. Krzysztofowi mieliśmy kilka wniosków i nauki na temat tego, co się wydarzyło na gobanie.

1. Cechowało nas zbytnie nastawienie na walkę, prowokowanie konfliktów.
2. Słaba grupa to minus 20 punktów – lepiej zabezpieczyć życie każdej z takich grup jak najszybciej, jeśli jest taka możliwość. A jeśli była taka możliwość, a mimo to z tym zwlekaliśmy, jest to po prostu błąd.
3. Aji należy zabezpieczać solidnymi ruchami. Ruch, który próbuje zabezpieczyć aji, ale jednocześnie osiągnąć coś jeszcze, przez co nie do końca to aji eliminując, sprawia, że w toku dalszej gry nadal mamy związane ręce.

W naszej partii było tak, że w yose powstało duże ko, od którego zawisło życie czarnej grupy. Wskutek niepoliczenia liczby gróźb, a nawet ich wartości, odpowiadałem czarnymi nawet na groźby mniejsze, niż zwykły ruch gote, który był też dostępny na gobanie. Na szczęście moi przeciwnicy, a dokładnie p. Kamil, zrobił podobnie. Tak więc szczęśliwy w nieszczęściu, wygrałem gigantyczne ko poświęcając w ramach groźby kamienie, które były mniej warte, niż następny ruch, który mogłem wykonać. I tym sposobem wygrałem.

W naszej trzyosobowej rozgrywce jest 1:0 (p. Adam [czarne] : p. Kamil + p. Krzysztof [białe])

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *