Co słychać?

  • 22 maja

    Zjedliśmy pyszne torcik tiramisu oraz śliwkową szarlotkę, po czym zagraliśmy. Najpierw we trzech w rengo, którego jednak nie mogliśmy dokończyć, jako że p. Wiktor musiał opuścić nasze szeregi wcześniej. Zapis niedokończonej gry poniżej:

    plik: Gra 6


    Sorry, your browser doesn’t support WGo.js.

    Następnie rozegraliśmy – p. Adam z p. Kamilem – tradycyjną siekaninę, w której to zostałem przechytrzony i pokonany. Ani przez moment nie miałem wrażenia, że zbliżam się do wyrównania gry, choć było kilka desperackich momentów, w których mogłem sobie to już wyobrażać. P. Kamil grał jednak wytrwale i umiejętnie zarówno się broniąc, jak również kontratakując wymuszonymi zmianami kierunku gry tak, bym, jako biały, musiał cały czas na nowo odnajdywać się w sytuacji. Okazało się, że nie byłem w stanie tego zrobić. Oto zapis głównej części gry:

    plik: Gra 7


    Sorry, your browser doesn’t support WGo.js.

    Potem pograliśmy jeszcze z p. Michałem w sabotażystę. 🙂

  • 15 maja

    Zacząć trzeba od tego, że klubowe gremium, zebrane tego dnia w pełnym składzie, tj. p. Wiktor, p. Kamil, p. Piotr i p. Adam, uznało, iż szarlotka smakowała wybornie.

    Odbyły się rozgrywki w szogi, szachy i rój, choć i goban gdzieś tam się przewinął. Odwiedził nas p. Ryszard z Warszawy, który szukał szczęścia w szachach przeciwko p. Piotrowi. Nie odnalazł go mimo paru prób, ale za to mógł spróbować szarlotki. Pojawiła się również ze strony p. Michała, który dosiadł się na krótko, propozycja zagrania w sabotażystę, do czego niestety nie doszło.

    Ponieważ nie zachował się żaden zapis goistycznych bojów z tego dnia, wrzucam ciekawą partię, którą zagrałem w Internecie. Według szacunków bota w żadnym momencie gry różnica punktowa między mną a moim przeciwnikiem nie wyniosła więcej niż wartość komi. Czarne (ja) prowadziły najwyżej o 2 punkty, białe o 5. Tak bardzo wyrównany to był bój. Na ile sam jestem w stanie zrozumieć – co zaważyło, to moje dwa-trzy błędne szacunki w oyose. Była to rozgrywka korespondencyjna, która zajęła 3 dni.

    plik: Gra 5


    Sorry, your browser doesn’t support WGo.js.
  • 8 maja.
    Torcik owocowy w yosu-miru

    Podczas ostatniego spotkania, z braku szarlotki jabłkowej, kontynuowałem przygodę ze śliwkową, a towarzyszył mi p. Piotr, który również docenia jej walory. W tym czasie p. Wiktor i p. Kamil ponownie przyjęli postawę abstemiczną, nie skruszoną nawet moim późniejszym wyborem owocowego torcika z pysznym, czekoladowym musem, w którym utkwiła para borówek, a którego konsumpcję oglądali z kamiennymi twarzami. Wytrwale pili swoje ascetyczne herbaty i bezalkoholowe napoje chmielowe, gdy sprawdzałem ten nieeksplorowany dotąd kulinarny szlak, zbierając wiedzę, czy warto na niego częściej wchodzić oraz jak na nim się zachować w przyszłości.

    W późniejszym czasie dołączyli do nas inni chętni na planszowe boje, tj. p. Łukasz i p. Michał. Nie zwróciłem uwagi na ich wybory kulinarne, gdyż byłem już zaangażowany w rozgrywkę. Zapis naszego rengo, a przynajmniej tyle, ile dałem radę odtworzyć, zamieszczam poniżej. Dodałem do niego kilka prostych spostrzeżeń dla początkujących.

    plik: Gra 4


    Sorry, your browser doesn’t support WGo.js.

    Poza go zagraliśmy też w żaby oraz w rój.

  • 1 maja.
    Inwazja szarlotek w wariantach jabłkowym i śliwkowym

    Tym razem spotkaliśmy się w pięć osób, w sam raz, żeby znowu było nieparzyście i trzeba było kombinować. Długo nie widziany p. Piotr okazał się mieć słabość nie tylko do licznych planszówek, ale również do szarlotek, zjadając jabłkową, a później tę ze śliwkami. Sprawiło to, że sam wpadłem w szarlotkowe sidła i zamówiłem najpierw jedną jabłkową, a później śliwkową numer jeden i śliwkową numer dwa, bijąc dotychczasowy rekord oraz awansując na szarlotkowego woratora. Podgietrzwałdzkie specjały, o ile dobrze pamiętam, skusiły też p. Kamila. Nie wiem jak z resztą, tj, z p. Krzysztofem i p. Wiktorem, którzy również byli obecni. Wydaje się, że prezentowali bardziej ascetyczny typ goisty, pozostając przy kakao i herbacie, ale może nie zwróciłem ich przygodom kulinarnym dostatecznej uwagi, pochylony nad swoim talerzykiem…

    W międzyczasie pograliśmy w różne gry, m. in amoebe, shogi oraz go w kilku wariantach – japońskim, koreańskim oraz tybetańsko-olsztyńskim.

    Oto moja partia z p. Krzysztofem, którą zagrałem z 3 czarnymi kamieniami i udało mi się zmusić białe do poddania (są dwie lub trzy niedokładności w zapisie, ale od yose i bez większego znaczenia):

    plik: Gra 3


    Sorry, your browser doesn’t support WGo.js.
  • 23 kwietnia

    Tym razem spotkaliśmy się w okolicznościach bezszarlotkowych i bez p. Krzysztofa, za to z p. Wiktorem i dwoma pozostałymi stałymi bywalcami, tj. p. Adamem i p. Kamilem. W zasadzie przez moment było nas czterech, jako że w międzyczasie dosiadł się do nas jeden ze stałych bywalców galerii, poznał szybko zasady oraz rozegrał parę gier. To zawsze miło gdy choć na chwilę ktoś dołącza i gramy w parzystym składzie, ale idylla nie trwała długo. Nowicjusz p. Michał poszedł wkrótce w swoją stronę, a my kontynuowaliśmy naszą główną, rozpoczętą wcześniej, trzyosobową rozgrywkę.

    W niej to p. Adam oraz p. Wiktor zagrali białymi kamieniami, a p. Kamil otrzymał czarne z dwoma kamieniami początkowymi. Stało się tak dlatego, że już w tym składzie rozegraliśmy parę gier i udało się zepchnąć p. Kamila o dwa stopnie siły w stosunku do nas (tj. w stosunku do grających drużynowo p. Adama i p. Wiktora). P. Kamil otrzymał więc tym razem dwa kamienie. Okazało się to wystarczająco, by pokonać drużynę białych. Poniżej zapis rozgrywki do momentu, w którym za moment rozpocznie się decydujące ko. Pod koniec zapisu dodałem kilka znaków: do ko prowadzi sekwencja rozpoczęta zagraniem białych w pole oznaczone trójkątem, a przedmiotem ko stanie się los wszystkich kamieni oznaczonych x.
    Niestety, p. Adam i p. Wiktor nie znaleźli odpowiedniej groźby – p. Kamilowi udało się zabezpieczyć pozycję, a następnie wbić gwóźdź do trumny poprzez udane wejście w terytorium białych (szlakiem oznaczonym kwadratami). Wówczas drużyna białych poddała grę.

    plik: Gra 2


    Sorry, your browser doesn’t support WGo.js.

    Stan rozgrywek:
    p. Kamil (2R) 1:0 p. Adam & p. Wiktor

  • 17 kwietnia.
    Powrót podgietrzwałdzkiej szarlotki

    Podczas drugiego wiosennego spotkania w tym roku był dzień jak nie co dzień: oprócz p. Adama i p. Kamila pojawił się jeszcze p. Krzysztof. Nie pierwszyzna to dla nas zagrać we trzech, zatem stało się tak i tym razem. P. Krzysztof grał z p. Kamilem białymi kamieniami, mnie, tj. p. Adamowi, przypadły czarne. Udało mi się wygrać, choć nie było to zwycięstwo, ani w ogóle gra, które uczyniły moje goistyczne życie lepszym.

    Być może zaważył na tym powrót do Usługi szarlotek, których w zeszłym roku zostaliśmy wielbicielami. Po długiej przerwie, rodzaju zimowego snu, w czasie którego tylko o nich marzyliśmy, pojawiły się znowu w menu. Wydaje się jednak, że dla złotego wieku szarlotek z roku 2025, rok 2026 stanowi cezurę przejścia w wiek srebrny. Będziemy to jeszcze musieli ustalić i upewnić się podczas kolejnych spotkań, ale na tę chwilę dwóch z nas zauważyło, że miały one w sobie odrobinę mulący efekt, niedoświadczany podczas wcześniejszych goistycznych bojów. Być może to po prostu zderzenie z nadmiarowym cukrem, od którego zakręciło się w głowie po zbyt długim detoksie. Trzeba się będzie zapoznać na nowo z szarlotkowym specjałem, przywożonym ponoć z okolic Gietrzwałdu. Może to chwilowa anomalia. Może to jednak sama Gaja przemówiła do nas, śmiertelników, językiem szarlotki, byśmy zrozumieli, jaką krzywdę wyrządza planecie nasza rasa. Rozważam teraz jej słowa w swej głowie.

    Zwalanie niedbałej gry na szarlotkę może być jednak zbyt dużą wobec niej niesprawiedliwością. W odróżnieniu od szarlotek, my, olsztyńscy goiści, już od dawna znajdujemy się w wieku żelaznym. Czyżby teraz pokrywała nas na domiar wszystkiego jeszcze rdza? Toczymy w klubie często dyskusję na ten temat, zwłaszcza gdy pojawia się p. Krzysztof.

    „Granie szybkie, pod presją czasu, a więc z przypadkowymi błędami, nie przynosi wielkiej satysfakcji. Przyjemność z gry pochodzi ze spokojnego delektowania się nią bardziej nawet niż szarlotką” – mówię często p. Krzysztofowi. On twierdzi jednak, że dobrą grę należy rozegrać w tempie szybkim, w godzinę, i że zbytnie medytowanie nad planszą jest niepotrzebne, bo błędy przecież i tak będą, i trzeba z nimi żyć.

    Mimo że ostatecznie rozegraliśmy tę grę w przyzwoitym, rekreacyjnym czasie, to nie liczyłem, nie analizowałem, nie gdybałem i nie dumałem. Stąd wrażenie, że, tak jak w szarlotce, czegoś mi w tej partii brakowało. Zwycięstwo niepotrzebnie uznawane jest za cel gry, skoro samo w sobie nie przynosi satysfakcji.

    Co do partii, dzięki p. Krzysztofowi mieliśmy kilka wniosków i nauki na temat tego, co się wydarzyło na gobanie.

    1. Cechowało nas zbytnie nastawienie na walkę, prowokowanie konfliktów.
    2. Słaba grupa to minus 20 punktów – lepiej zabezpieczyć życie każdej z takich grup jak najszybciej, jeśli jest taka możliwość. A jeśli była taka możliwość, a mimo to z tym zwlekaliśmy, jest to po prostu błąd.
    3. Aji należy zabezpieczać solidnymi ruchami. Ruch, który próbuje zabezpieczyć aji, ale jednocześnie osiągnąć coś jeszcze, przez co nie do końca to aji eliminując, sprawia, że w toku dalszej gry nadal mamy związane ręce.

    W naszej partii było tak, że w yose powstało duże ko, od którego zawisło życie czarnej grupy. Wskutek niepoliczenia liczby gróźb, a nawet ich wartości, odpowiadałem czarnymi nawet na groźby mniejsze, niż zwykły ruch gote, który był też dostępny na gobanie. Na szczęście moi przeciwnicy, a dokładnie p. Kamil, zrobił podobnie. Tak więc szczęśliwy w nieszczęściu, wygrałem gigantyczne ko poświęcając w ramach groźby kamienie, które były mniej warte, niż następny ruch, który mogłem wykonać. I tym sposobem wygrałem.

    W naszej trzyosobowej rozgrywce jest 1:0 (p. Adam [czarne] : p. Kamil + p. Krzysztof [białe])

  • 10 kwietnia

    Spotkaliśmy się po raz pierwszy tej wiosny w Usłudze: Pan Lornetka oraz Kumkająca Żaba.

    Ponieważ akurat tego dnia odbywał się wernisaż nowej wystawy – ORTEDUMIIHRAF 4 – było dość tłoczno i głośno, ale uparcie nie podnosiliśmy głów znad gobanu, ani nawet nie skusiliśmy się przejściem do sali obok, by posłuchać, cóż to za dzieła wystawiono i czyjego autorstwa. „Przyjdzie jeszcze czas, by się rozejrzeć”, uznaliśmy, „zwłaszcza, że trzeba będzie pójść po jakieś ciastko i herbatę, by odpocząć od goistycznego trudu”.

    Rozegraliśmy partię według starych, japońskich zasad, czyli: brak wynalazku komi, brak wynalazku zegara, a słabszy gracz otrzymał 5 kamieni. Kumkająca Żaba grał białymi kamieniami i wygrał z Panem Lornetką o 3 punkty. Oto zapis partii, odtworzony z pamięci i zapewne niedokładny:

    plik: Gra 1


    Sorry, your browser doesn’t support WGo.js.